Publicystyka, Wydarzenia 7

Perły przed wieprze

a teraz skoro mam Waszą uwagę – paradoksalnie różne strony barykady były by zainteresowane taką interpretacją, którą osobiście uważam za nadinterpretację zjawiska. A jak powszechnie wiadomo nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm. O czym po części zaraz.

Jeszcze w trakcie trwania I Festiwalu Prawdziwego Piwa w Łebie miałem okazję wymienić opinie na temat sytuacji zastanej i aktualnej nie tylko z resztą uczestników (zarówno branżowych jak i nie) jak i z organizatorami. Większość tego tekstu to właśnie wspomniane uwagi i przemyślenia. Ale nie wszystko, sytuacja jest dynamiczna i początkowy plan musiałem rozszerzyć o nowe wątki.

Koncepcja

Prosta jak świński ogon – robimy festiwal piwa rzemieślniczego w czasie największego obłożenia turystycznego jednego ze standardowych miejsc wakacyjnej migracji rodaków. Przy czym z tego co się dowiedziałem pierwotnie festiwal miał mieć formę bardziej ograniczoną i znajdować się na głównej ścieżce wędrówek ludów, przez wzgląd na obiektywizm nie nazwę tego traktu deptakiem. Ze względu na większe zainteresowanie festiwal został przeniesiony na teren bardziej przystosowany do ogarnięcia.

Pojawiły się w związku z tym zarzuty o znaczne oddalenie od traktów.

I teraz się zastanawiam czy nadal mówimy o festiwalu piwa w miejscowości posiadającej 4000 mieszkańców czy o umiejscowieniu kolejnej placówki banku w mieście wojewódzkim. W drugim przypadku rzeczywiście bierze się pod uwagę ile osób przechodzi w danym miejscu i może się zatrzymać. Nie znam Łeby, byłem w niej teraz po raz pierwszy w życiu, ale jak na moje standardy – 5 minut z buta do głównego traktu oraz maksymalnie 10 do głównej plaży raczej nie nazwałbym wyjątkowo okrutnymi odległościami. I nie tutaj upatrywałbym klapy frekwencyjnej, zwłaszcza że z tego co zaobserwowałem ludzi dookoła przewalało się całkiem sporo.

Co więc sprawiło, że impreza była wprost fenomenalna jeżeli w spokoju chciało się porozmawiać z przedstawicielami browarów, trzasnąć sobie fotę i kupić piwo nie stojąc w kolejkach?

Parę punktów się znajdzie.

Pogoda – kto by się spodziewał, że w naszym pięknym kraju między Bugiem a Odrą może trafić się lato. Jak nie urok to sraczka, jak nie pada to lampa z nieba. Ja akurat byłem zachwycony, ale nie każdy jest przybyszem z planety Reptillion czującym się najlepiej na rozgrzanym kamieniu w temperaturze powietrza powyżej 30 stopni Celsjusza. Nie jest to też pogoda sprzyjająca konsumpcji napojów alkoholowych, zwłaszcza tych powyżej 12 procent ekstraktu. Dodatkowo jak w sobotę upał wieczorem zelżał, to zapowiadano burzę.

Backfire lansowanego od lat slowfoodowego „jem i piję lokalne”. Łeba znaczy Łebskie. Nie wyobrażacie sobie jak ogromna kasa została wpompowana w promocję tej wydumki. Łebskie było absolutnie WSZĘDZIE. Autentycznie spodziewałem się zobaczyć luftbalony albo inne zeppeliny z logotypem Łebskiego na burcie. Łebskie w kiosku, Łebskie w knajpce, Łebskie na ogrodzeniu kortów tenisowych vis-a-vis terenu festiwalu. W końcu – Łebskowóz jeżdżący po Łebie i sączący truciznę z megafonów, w tym wokół festiwalu. Pierwsze co napotkałem w piątek idąc na stoisko Kingpina to właśnie van Łebskiego. Czapki z głów, tak się robi duże pieniądze. Po co myśleć nad nowym produktem, chrzanić się i męczyć – kupujesz piwo, etykietę i sprzedajesz. I po co w takiej sytuacji jakieś wydumane piwa niewiadomo skąd, skoro jest „lokalny browar” za minimum 3x mniejsze pieniądze?

Argument podnoszony wielokrotnie – złe oznakowanie festiwalu. Ponoć reklama była, sam spotkałem wędrując po Łebie parę plakatów w standardowych miejscach. Ergo tam gdzie miasto pozwoliło, w zakurzonej gablotce. Ale skoro organizatot ma to udokumentowane to nie mam powodów by twierdzić inaczej. Natomiast ujmując to brutalnie – biorąc pod uwagę charakterystykę miejsca chyba najbardziej sensowną promocją było by wysłanie nadobnych dziewoi na plażę i rozdawanie ulotek grupie wiekowej 20-40 i otapetowanie miasteczka billboardami.

Natomiast co do oznakowania samego festiwalu – było absolutnie fatalne. Dmuchana bramka Texaco, do tego żagle Organizacji Wypraw i bawialnia dla dzieci. Od strony wejścia nic nie sugerowało, że na terenie odbywa się festiwal piwnej rozpusty. Nic. Standardowe plakaciki formatu A4 mimo jarzeniowej barwy to właśnie nic. Trzeba wziąć pod uwagę jakim reklamowym pieprznikiem jest aktualnie Polska. Jeżeli nie walnie się po oczach migającym, tańczącym i śpiewającym banerem wielkości kartoflowiska to niestety może nie zadziałać. Nie wiem czy ja bym był zainteresowany sprawdzeniem co się tutaj odbywa, nie mówiąc już o innych przypadkowych ludziach.

Po mojemu – dobór miejsca również był hurraoptymistyczny. Łeba, czy inne kurorty nie są, brutalnie mówiąc, aktualnie targetem tego co robimy w rzemiośle. Jest tutaj wiele meandrów natury socjologicznej dlaczego tak akurat jest i w które nie chcę się tutaj zagłębiać. W każdym razie miejsce w którym kursuje autobus rozwożący za złotówkę ludzi do lokalnej Biedronki raczej nie rokuje na szczególne zainteresowanie piwami na 10pln za 0,5 litra. Może gdyby impreza odbywała się centralnie na głównej plaży, ale i to wydaje mi się nie gwarantować pełni sukcesu.

Uwaga – dygresje

Natomiast chciałbym tutaj przy okazji podkreślić jedną rzecz, o której mówiłem również w trakcie festiwalu – jak tylko słyszę „Janusze” odmieniane przez kolejne przypadki to zaczyna mi się cofać krwią. Podśmiechujki z „Janusze (wstaw rzeczownik)” są już tak nieświeże, że nawet sępy nie latają nad padliną tej dziedziny plebejskiego humoru. Sprawdźcie na FB co się stanie jak wpiszecie „Janusze” w wyszukiwarkę. Nie wydaje mi się sensowne szukanie nowych fascynatów piwa rzemieślniczego zaczynając od obrażania ich. Wychodzi tutaj też pewna hipokryzja blogerów piwnych i niczym nieuzasadniony elitaryzm typowy neofitom. Z jednej strony modne jest napierdalanie w koncerny – w końcu jak się znasz na piwie to piwo koncernowe zaczyna działać na tkankę żywą jak krew Xenomorpha. Już sam widok wywołuje spazmy, płacze i ostrą biegunkę. A co dopiero spróbować! Jak powszechnie wiadomo – każdy ekspert piwny nienawidzi tego co mainstreamowe.

Więc z jednej strony mamy to radosne napieprzanie w 90% rynku i jego konsumentów, połączone z wartościowaniem i kategoryzowaniem. Z drugiej – kochajmy się wszyscy, trzeba nieść kaganek oświaty itp. itd. „A najlepiej niech to robi ktoś inny za niemoje pieniądze.”

Wracając do istoty festiwalu.

Przeglądając różne komentarze spotkałem się z opinią, że browary mogłyby przecież na takich okazjach sprzedawać piwo za 4pln, żeby ściągnąć nowych klientów i przekonać do dobrego piwa. Dobrze, że nie mam w domu dywanów, z zachwytu nad tak wspaniałym konceptem jak mi się ręce zaczęły trząść to kielonek wypadł z dłoni i musiałbym dywan lizać. A tak parkiet to jednak łatwiej idzie, tylko kocim futrem trzeba pluć.

Pójdę o krok dalej – piwo rzemieślnicze prawem, nie towarem! Idę po czerwoną farbę, żeby sobie krzyż machnąć na koszulce.

Pisałem już o tym odnośnie wmuszanej misji ewangelizacji. Ludzie, czyście powariowali? Całość rynku rzemieślniczego w Polsce to jest pyłek, tak niewielki że nawet niektóre badania rynkowe tej odnogi nie uwzględniają jako nieważną. Jak można być zdziwionym faktem, że piwa rzemieślnicze nie są wielką marką przyciągającą dzikie tłumy? Wiecie jaka marka przyciągnęła by tłumy na festiwal? Tyskie. Oraz parę innych równie potężnych. Być może Łebskie w tym konkretnym przypadku. Jak można być w ogóle zdziwionym tym faktem? Chyba tylko w momencie kreowania propagandy sukcesu, „walec rewolucji piwnej przetacza się przez Polskę”. Szkoda, że walec jest formatu mrówki i z plasteliny. Zakłamujcie dalej rzeczywistość, koledzy blogerzy, to będzie jeszcze więcej bolesnego reality check w przyszłości. Niesamowita jest też polaryzacja poglądów – jak browar nie zamierza działać charytatywnie, bo realia mamy jakie mamy, to znaczy że „w ciągu roku chce zamortyzować cały biznes!”. Wydaje mi się, że po drodze jest jeszcze cały zakres możliwości.

Z kolei większość browarów rzemieślniczych nie ma absolutnie żadnego problemu ze sprzedażą swojego piwa. Trzeba robić naprawdę straszną popelinę albo być pierdołą, żeby nie sprzedać tego co uwarzysz w tym konkretnym momencie rozwoju rynku w Polsce. A nawet robiąc popelinę kilka warek się pchnie na rynek na plecach opłaconych recenzji. Naprawdę nie rozumiem pretensji, że firma jedzie na festiwal/targi po to by sprzedać przywieziony towar, nie ważne czy jest to piwo czy ręcznie klepane z błota figurki bocianów z Namibii.

Zwijając temat. Czy Festiwal był klapą – owszem, pod względem sprzedażowym jak najbardziej. Pod względem towarzyskim wybitnie udany, ale okazji ku temu jest już tyle że słaba to atrakcja. Nie przewiduję jednak poprawki. Eksperyment nie udał się, co poradzić. Okres błędów i wypaczeń, rynek uczy się i wiemy, że to jeszcze nie jest ten moment. W tym momencie sens mają najwyraźniej tylko festiwale w dużych miastach, gdzie rzeczywiście znajdują się fascynaci całego ruchu lub oddolne inicjatywy fascynatów piwa rzemieślniczego ograniczone do zasięgu knajpy/paru knajp.

Wyciąganie wniosków o całej branży na podstawie jednego festiwalu w dość brawurowym miejscu i warunkach jest w żaden sposób nie uzasadnione. Odnoszę wrażenie, że najwięcej mają do powiedzenia osoby, które na festiwalu nie były. To takie typowe. Przypomnę tylko, że pierwszy Warszawski Festiwal Piwa też nie był niesamowity pod względem sprzedażowym. Co więcej – jest parę innych festiwali, których rokowania były pół na pół, a okazało się że są całkiem sensowne.

Chyba wypadałoby mi napisać tekst ogólnie o rynku, jak tak patrzę na to co napisałem powyżej. Tematów jest co najmniej na parę wpisów.

You Might Also Like

  • Radek Cybart

    Dla mnie jako kupującego i odwiedzającego Łebę w ramach urlopowania, impreza była interesująca, choć od momentu gdy usłyszałem że ma się odbyć w Łebie miałem wątpliwości, co do wyboru miejsca. Oczywiście z tych samych powodów co i autor tekstu. Siedząc na ławeczce popijając Tartarugę czy inną Hadrę, słyszałem gdy siedzący obok mnie komentowali po cichu „7 zł za 03, to chyba jakieś kpiny”. Wchodząc na teren festiwalu widziałem też jak bariera 3 zł (tyle kosztowało wejście na jeden dzień), było barierą nie do przeskoczenia. Nie oceniam tego, tylko piszę co widziałem i słyszałem w kontekście „ewangelizacji”.
    Frekwencja faktycznie była słaba dla wystawców pewnie nawet dramatyczna, mnie cieszyło że nie ma kolejek. Oczyma wyobraźni widziałem kolejki po Old Ale rozlewanego przez BIRBANT. Jak było w rzeczywistości o 20:08 może 20-30 luda?
    Podoba mi się Twoje zdanie co do słabych żartów i robienia „beki” z tzw. „Januszy”. Nie będę powtarzał po Tobie ale 100% racji. Jak przekonać nie wtajemniczonych? najlepiej robiąc szyderę… idealna droga.

    Nie wiem co spowodowało taką a nie inna frekwencję? W takim miejscu jak Łeba, o takiej porze roku ludzie wolą siedzieć na plaży, pewnie ci co zeszli ze słońca jedli i odpoczywali, a może po prostu nie byli zainteresowani. Reklama? Kilka plakatów rozwieszonych na lampach to moim zdaniem za mało.

    Moje subiektywne odczucia są jednak jak najlepsze. Spróbowałem piw, które do mojego miasta nie docierają -Pracownia Piwa, w końcu miałem satysfakcję z Hadra i MR. Hard – rewelacja, mimo upału były to wspaniałe chwile (przy okazji uwielbiam takie upalne dni). Świetna Tartaruga, Pacyfik no i Old Ale wspomniany. Sympatyczne chwile gdy Kuli otrzymał tort i nalewał piwo, to dla mnie miłe wspomnienia. Kolejny miły akcent, wspólne zdjęcia z PiwnymGarażem i docentem :)

    Z mojego punktu widzenia impreza udana, 14 butelek przyjechało ze mną do Płocka i miłe wspomnienia.

    Pozdrawiam :)

  • Docent

    „Całość rynku rzemieślniczego w Polsce to jest pyłek, tak niewielki że
    nawet niektóre badania rynkowe tej odnogi nie uwzględniają jako
    nieważną.”
    Michał, trochę Ci się dziwię że jako przedstawiciel inicjatywy rzemieślniczej w ten sposób opisujesz udziały rynkowe swego segmentu. Przecież trend wznoszący piw regionalnych i rzemieślniczych został uwzględniony zarówno w poważnym badaniu rynku napojów alkoholowych KPMG jak i w licznych publikacjach prasowych. W 2013 browary regionalne (bez Perły i Van Pura), rzemieślnicze i restauracyjne miały 4,7% udziału w rynku (w 2008r – 3,1%). Nowszych danych na razie nie ma ale podejrzewam że te 10% zostało osiągnięte. Pytanie oczywiście ile z tego to craft ale z definicji piwa rzemieślniczego dużo być nie może, a w mojej opinii wręcz powinno ono zostać w niszy. Oczywiście zdanie producentów może być inne.

    • marazz

      Wrzucanie do jednego worka browarów regionalnych i rzemieślniczych to nieporozumienie, to są zupełnie inne segmenty rynku. Zdając sobie sprawę z trudności definicyjnych i kalkulacyjnych, jak o dostępu do wiarygodnych danych, stawiam, że craft nie ma w Polsce 1%.

  • Szymon

    nie byłem i nie zamierzałem. Byłem akurat w Gdyni i tam się natknąłem na parę ulotek, ale nie o tym. Byłeś w Annopolu na festiwalu Gzubów. Jak oceniasz tamtą imprezę? Bo sukces mimo chyba dużo mniejszej skali odniosła większy?

  • e-prezes

    Myślę, że zapomnieliście (ci co piszą o tej imprezie) o jednej rzeczy, która wydaje mi się dość istotna. Festiwali mniejszych i większych robi się już sporo. Mało jest takich ludków, którzy jeżdżą na większość z nich… no chyba, że się wystawiają. Wizyta na takim pikniku czy festiwalu jest kosztowna i sadzę, że większość ludzi z branży czy sympatyków pojedzie na 1 góra 2 takie imprezy, czy też poczeka na bliższą i dostępniejszą. Szczerze byłem zdumiony, że ktoś chce organizować tam (t.j. w Łebie) event i to jeszcze z udziałem prawdziwych rzemieślników.

  • Bartosz

    Dla Mnie nazywanie ludzi, którzy byli w Łebie i nie poszli na Festiwal Prawdziwego Piwa „Januszami” to też przesada. Przecież, każdy może spędzać urlop tak jak lubi nawet jeżeli całymi dniami, ktoś leży na plaży i chodzi do knajp by się najeść. Mnie na festiwalu bardzo się podobało zwłaszcza, że wybierając miejsce urlopowe miesiąc wcześniej nie spodziewałem się, że jest tam organizowany:) Piwa były genialne a to chyba najważniejsze… Pozdro

  • Dunning-Kruger

    Kopyr skrytykował ten artykuł tak mocno, że jego pretensjonalność wylała się hektolitrami z monitora. Jakkolwiek istotnych punktów by nie poruszył, sama forma jest w stanie odrzucić jego przekaz i momentami popada w paskudne przegięcia i sprowadzenia do skrajnosci.
    Nie rozumiem, czemu uniósł się tak tym artykułem – masz tu dużo racji i poruszasz parę istotnych kwestii.

    Samemu wychodzę z założenia, że dobre piwo broni się nawet w shakerze.

    OCZYWIŚCIE, że będzie lepsze i łatwiejsze do rozjebania na atomy w jakimś dildo-kształtnym nowowymyśle, jasne, że tak, to jest poza dyskusją. Ale nie przeginajmy też, że shakery są z pizdy strzelił i kompletnie do niczego – bo nie są. A spuszczanie się nad tym, że piwsko jest profanowane nalewaniem do shakera to już w ogóle wyżyny wyżyn pretensjonalności i gwiazdorzenia. Przypominam tylko, że na Heady Topperze jest napisane, żeby żłopać go z puszki.
    Zapraszam do dyskusji : D